Wtorek, 18 września 2018. Imieniny Ireny, Irminy, Stanisława

Moim marzeniem jest gra w NBA [WYWIAD]

2018-02-16 08:10:54 (ost. akt: 2018-02-16 16:45:47)

Autor zdjęcia: Mariusz Mazurczak

ROZMOWA///— Gra w Mrągowie to jedno z moich najlepszych wspomnień jakie mam — mówi Michał Kołodziej, jeden z najlepszych mazurskich koszykarzy w Polsce. Wychowanek AS Mrągowo został właśnie wypożyczony z Asseco Gdynia do Legii Warszawa.

— Koszykówka to w wielu miastach świętość, ale "ogólnopolsko" ulega jednak piłce nożnej. Czemu jako młody chłopak wybrałeś właśnie ten sport?
— Myślę, że byłem w pewnym sensie na nią skazany ze względu na wzrost, który zawsze wyróżniał mnie na tle rówieśników (202 cm - przyp. K.K.). Odkąd pamiętam byłem "tym najwyższym". Na koszykówkę trafiłem jednak właściwie przez przypadek...

— To znaczy?
— Zanim wziąłem się za "kosza", próbowałem sił w wielu innych dyscyplinach: siatkówce, tenisie stołowym, windsurfingu, piłce nożnej...

— Czyli zanim pojawiło się marzenie o byciu nowym Michaelem Jordanem, były plany, by być jednak nowym Lewandowskim?
— Dokładnie (śmiech). Szczęśliwym trafem wybudowano pod moim blokiem tzw. "orlik", gdzie po raz pierwszy zacząłem rzucać do kosza. Spodobało mi się od razu i starałem się systematycznie uczyć nowych elementów koszykówki. Nasz animator, Arek Mierkowski - którego serdecznie pozdrawiam - powiedział o tworzącym się klubie AS Mrągowo. Pomyślałem, że warto spróbować. W ten sposób trafiłem do trenerów Sebastiana Kaczmarskiego i Barłomieja Koziatka.

— Twój talent został dostrzeżony dość szybko i zgarnęła cię ekipa potężnego Asseco Gdynia. Nim do tego przejdziemy... Wracasz jeszcze czasem do tych "mazurskich" chwil?
— No pewnie! Gra w Mrągowie to jedno z moich najlepszych wspomnień jakie mam. Zwłaszcza ze względu na świetną drużynę. Może wyniki sportowe nie były najlepsze, ale były to dla nas wszystkich pierwsze kroki w poważniejszej koszykówce. Musieliśmy nabrać doświadczenia. Liczyło się jednak to, że mieliśmy fajną, zgraną paczkę, dla której każdy trening i mecz był prawdziwą przyjemnością.
Marzenia są bardzo ważne, ale zdecydowanie ważniejsze jest to czy pracujesz codziennie na to, by je kiedyś spełnić.
— Jest coś, czego brakuje ci najbardziej?
— Chyba właśnie tej niby "beztroskiej" koszykówki. Naprawdę świetny czas. Nie sposób naturalnie pominąć i mrągowskiej publiczności, która nigdy nas nie zawiodła, choć nie zawsze mieliśmy dobre wyniki.

— W pewnym momencie sielanka się skończyła. Jak trafiłeś do Gdyni?
— Po kilku latach ciężkiej pracy w Mrągowie byłem gotów, by zrobić krok wyżej. Postanowiłem, że będę mierzył wysoko i postaram się dostać do wówczas najlepszej możliwej szkoły koszykarskiej, czyli SMS PZKosz Władysławowo. Przeszedłem pozytywnie testy i rozpocząłem tam naukę w liceum. Było to jak spełnienie marzeń, które dość szybko zweryfikowało mnie jednak jako koszykarza.

— Skok na zbyt głęboką wodę?
— Zderzyłem się z dużo bardziej "ułożoną" koszykówką. Nie miałem zbyt dużego ogrania na takim poziomie, a wymagano od nas wiele. Jak się okazało, spędziłem tam tylko rok. Niczego jednak nie żałuję, bo ten czas pokazał mi ile jeszcze przede mną pracy, a przy okazji miałem szansę potrenować solidnie z polską elitą młodych koszykarzy. Dużo wyniosłem również od trenerów, jak np. od Janusza Kociołka, który pomógł mi znaleźć optymalne dla mnie w tamtym czasie miejsce na rozwój. Dzięki niemu odbyłem kilka rozmów, po których otrzymałem ofertę od Asseco... I tak znalazłem się w Gdyni.

— W pierwszej drużynie, występującej w Energa Basket Lidze, zagrałeś w tym sezonie 4 mecze. Czego - w twojej opinii - brakowało, by zagrzać mocniej miejsce w wyjściowym składzie?
— Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, nie chciałbym wchodzić w kompetencje trenerów. Myślę, że tak akurat nam się potoczył sezon. Każdy mecz był zacięty. A realna szansa, by dojść do fazy pucharowej, poskutkowała tym, że stawiano raczej na bardziej doświadczonych zawodników. Na tym poziomie nie ma miejsca na sentymenty, liczy się wynik.

— Byłeś jednak jednym z kluczowych zawodników II-ligowych rezerw. Pokazałeś się tam na tyle z dobrej strony, że postanowiła zawalczyć o Ciebie występująca szczebel wyżej Legia Warszawa.
— Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dostałem telefon od mojego agenta, który powiedział, że jest możliwość przeniesienia do Warszawy. Wiązało się to z większą liczbą minut i poważniejszą rolą na boisku. Porozmawiałem z trenerem Asseco oraz władzami na temat ewentualnego wypożyczenia. Zgodzili się, jednak musiałem podjąć decyzję od razu. Zdecydowałem, że skorzystam z tej szansy. Cały proces - od rozmów do przeprowadzki - trwał 4 dni.

http://m.wm.pl/2018/02/orig/michal-kolodziej-2-445830.jpg

— Trener Legii, Tane Spasev, wypowiada się o tobie bardzo dobrze. Mieliście w końcu wcześniej okazję współpracować.
— Tak, dokładnie. Znamy się dobrze, w 2015 roku zdobyliśmy razem wicemistrzostwo Polski do lat 20, gdy przez dwa lata był szkoleniowcem w Gdyni. Pod jego skrzydłami bardzo szybko się wówczas rozwinąłem. Mamy bardzo dobre relacje. Był to jeden z argumentów za tym, by przenieść się do Legii. To ułatwia pracę i jemu, i mi. Wiemy czego się po sobie spodziewać.

— Jakie jeszcze widziałeś plusy i minusy tego transferu?
— W sytuacjach, gdy wymagana jest szybka decyzja, wątpliwości są zawsze. Kluczowe było to, że będę po prostu więcej grał. Potrzebuję tego, by pójść wyżej. Minusów nie widziałem i nie widzę. Konieczność zmiany przyzwyczajeń, dostosowania się do nowej drużyny i szybkie poznanie nowej taktyki to u koszykarzy norma.

— Jak przyjęli cię nowi koledzy z drużyny? W końcu dla niektórych jesteś trudnym rywalem w walce o miejsce w pierwszym składzie.
— Przyjęto mnie bardzo dobrze. Każdy był dla mnie miły, pomocny i to zaprocentowało tym, że bardzo szybko poznałem "od wewnątrz" taktykę, zasady, sposób gry Legii. A rywalizacja... Myślę, że na treningach jest to pozytywny aspekt. Dzięki temu każdy dąży do tego, by jak najszybciej i najbardziej podnieść poziom swoich umiejętności. To natomiast później przynosi skutki w meczach.

— Tak z perspektywy czasu: czym różnią się treningi w Mrągowie, gdyńskim Asseco i warszawskiej Legii?
— Każde miejsce, w którym grałem, było inne. W Mrągowie trenowaliśmy praktycznie same podstawy, ponieważ dla wielu z nas była to pierwsza styczność z koszykówką w życiu. W Asseco były świetne warunki do treningów: od kadry szkoleniowej po wszystkie obiekty, z których mogliśmy korzystać. Najwyższy poziom. Połączenie dobrych treningów z dużą liczbą rozgrywanych meczów sprawiło, że dosłownie z każdym dniem robiłem postępy. W Warszawie nie ma tylu młodych zawodników co w Gdyni, więc treningi muszą być prowadzone pod zawodników bardziej doświadczonych. To też daje mi bardzo dużo, poszerza horyzonty. Tak naprawdę jednak wszędzie można stawać się lepszym. Wystarczy tylko chcieć.

— Wiem, że nie możesz podawać konkretnych kwot. Jak jednak wygląda kwestia kasy? Da się wyżyć z samej gry?
— Wiadomo, że każdy klub ma swój budżet. Młodsi zawodnicy, którzy debiutują w ekstraklasie, dostają często stypendia. Niektórzy zarabiają nawet fajne pieniążki jak na młodego człowieka. Wszystko zależy od tego co prezentujesz i jakie - realnie - klub ma możliwości. Wiadomym jest też, że starsi, którzy zdążyli wyrobić sobie już solidną markę w polskiej koszykówce, zarabiają jeszcze inaczej.

— Jakie jest Twoje koszykarskie marzenie? Jaki cel wyznaczasz sobie jako zawodnik?
— Moim marzeniem i celem, odkąd wziąłem się na poważnie za "kosza", jest gra w NBA (amerykańsko-kanadyjska liga koszykarska, najlepsza na świecie - przyp. K.K.). Myślę, że każdy zawodnik powinien wieszać sobie poprzeczkę jak najwyżej. W ten sposób można osiągnąć najwięcej. Z drugiej strony marzenia są bardzo ważne, ale zdecydowanie ważniejsze jest to czy pracujesz codziennie na to, by je kiedyś spełnić.

Rozmawiał Kamil Kierzkowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages