Wtorek, 24 kwietnia 2018. Imieniny Bony, Horacji, Jerzego

Muzyka to wolność [ROZMOWA]

2018-04-07 12:00:00 (ost. akt: 2018-04-07 14:15:40)

Autor zdjęcia: Wojciech Caruk

ROZMOWA\\\ — Aktorstwo jest uzależnione od pewnych scenariuszy, dosłownie i w przenośni. W muzyce to my jesteśmy sobie sterem, możemy robić wszystko co nam do głowy przyjdzie — mówi Paweł Małaszyński, aktor a zarazem wokalista grupy Cochise. W ramach promocji swojej piątej już płyty 25 marca zespół wystąpił w mrągowskim pubie Ceglana.

— Na początku miałem zapytać cię o odzew na płytę „Swans & Lions”, ale już wiem od Radka (Jasiński, basista Cochise) i Wojtka (Napora, gitarzysta), że jest dobrze.
— Tak? Nawet nie wiem (śmiech). Ale jeśli pytasz o recenzje to rzeczywiście są pozytywne.

— Ale przyznasz, że co by o niej nie mówić to jest płyta inna niż pozostałe.
— Jak wiesz zmienił nam się perkusista. Ten nowy materiał był od początku robiony już z Adamem Galewskim. I muszę przyznać, że Adam był tym brakującym ogniwem. Jego styl różni się od gry Czarka Mielko, naszego poprzedniego perkusisty. Czarek był bębniarzem metalowym, a Adam ma bardziej rockowego pazura. To dało naszej muzyce większego feelingu i większej przestrzeni. Ma bardzo fajne pomysły, podsuwa ciekawe aranżacje i jest bardzo pracowity, co na nas zrobiło ogromne wrażenie. No i fajne jest to, że chciał grać z nami. Adam już wcześniej spotykał się z nami przy różnych okazjach i zastępował Czarka, kiedy ten nie mógł z nami grać. Z tego co wiem zawsze nas szanował i lubił, dlatego kiedy dowiedział się, że Czarek nie może już z nami grać wystarczył jeden telefon i do nas „przeskoczył”.
Ja się bardzo cieszę, bo oprócz tego, że jest dobrym muzykiem to jest też fajnym człowiekiem. A my w Cochise stanowimy paczkę dobrych kumpli.

— To jest już wasza piąta płyta. Ile na nich jest ciebie?
— W zespole rolę kompozytorów pełnimy ja i Wojtek. To my stanowimy rusztowanie, więc pomysły na muzykę powstają głównie w naszych głowach. Potem przedstawiamy je chłopakom i zapada decyzja czy dany utwór robimy czy nie. Mamy już część materiału na kolejną szóstą płytę i też powstawało to w taki sposób.
Teksty to moja działka, ale nie zabraniam kolegom pisać, jeśli mają jakieś pomysły.

— Zapytałem o to, bo kiedyś powiedziałeś, że Cochise to w pewnym sensie spełnienie twoich marzeń.
— To spełnienie marzeń nas wszystkich. My zajmujemy się muzyką od wielu lat. Wychowywaliśmy się w takim towarzystwie, że każdy z nas chciał mieć kapelę, tworzyć, grać, śpiewać. Ja też marzyłem żeby zostać kiedyś gwiazdą rocka. Chyba żaden z nas, grając w niezliczonej ilości zespołów nie przypuszczał, że w jakimś sensie to się zacznie spełniać. Dzisiaj tworzymy zgrany zespół, uzależniony od siebie i od muzyki. Kiedy powstawał zespół nie zakładaliśmy, że będziemy mieć kontrakt z Metal Mind Productions i pięć płyt na koncie. Cieszymy się z tego co udało nam się osiągnąć i wciąż mamy apetyt na więcej.

— Kiedyś powiedziałeś też, że jesteś muzykiem, który został aktorem a nie odwrotnie. Podtrzymujesz te słowa?
— Tak, coś w tym jest. Zawsze chciałem robić coś, co mogłoby kształtować moją wrażliwość artystyczną. Cieszę się, że cały czas mogę się realizować w tych dwóch ważnych dla mnie przestrzeniach. Z jednej strony muzyka, od której zaczynałem kończąc na aktorstwie.

— A jak jest różnica pomiędzy Pawłem-aktorem a Pawłem-rockmanem?
— Paweł-aktor jest zamknięty w konkretnych ramach. Aktorstwo jest uzależnione od pewnych scenariuszy, dosłownie i w przenośni. W muzyce to my jesteśmy sobie sterem, możemy robić wszystko co nam do głowy przyjdzie. Podejmujemy decyzje w zespole, ale to są nasze decyzje. Muzyka to wolność.

— Czyli prywatnie bliżej ci do tej drugiej postawy?
— Tak. Gdybym mógł się utrzymywać z muzyki, grać koncerty przy pełnych salach i na dużych festiwalach to mógłbym z aktorstwa zrezygnować. Chociaż ciężko byłoby mi zrezygnować z teatru. Kocham zespół Teatru Kwadrat i nie chciałbym tego.

— Cochise dużo koncertuje. Nie przeszkadza ci to w aktorstwie?
— Z tego co wiem koncerty mamy zabukowane do sierpnia i już w tej chwili planujemy trasę jesienną, ale to jest kwestia ułożenia odpowiedniego harmonogramu. Np. ostatnio byliśmy w Radomiu, gdzie ja od godz. 14. zagrałem dwa przedstawienia, a o 22. w klubie obok grałem z chłopakami koncert. Bywa ciężko, ale czego się nie robi dla rock & rola? (śmiech)
Oprócz tego wszystkiego jest przecież rodzina, która jest priorytetem.

— A znalazłbyś jeszcze trochę czasu na film? Widziałem na facebooku twój wpis, z którego odniosłem wrażenie czuć tęsknotę za planem.
— Brakuje mi, nie przeczę. Tylko dostaję w tej chwili takie, a nie inne propozycje. Nie sprawiają mi one satysfakcji, a ja jestem facetem, który nie lubi tracić czasu i skupiać się na rzeczach, które go nie interesują. Jeśli miałbym wrócić na plan filmowy to chciałbym wierzyć, że robię coś fajnego. Nie mam obecnie takich propozycji jak moi niektórzy koledzy, dlatego realizuje się w innych przestrzeniach.
Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, jaki ten zawód jest. W światku muzycznym mówi się, że jest w Polsce wiele festiwali, na których gra tylko dziesięć najbardziej w tej chwili popularnych zespołów. W polskim świecie medialnym jest identycznie. Przeszedłem przez to (śmiech).

— Ale ty też miałeś swój czas.
— Tak. Oczywiście. Gdybym miał tylko same fantastyczne propozycje to nie schodziłbym z ekranu i nie miałbym problemu, że wyskakuję z lodówki. Realizowałbym się w swoim zawodzie, dlaczego miałbym z tego rezygnować? Nie pochylam się nad propozycjami miałkimi, bo nie muszę. Nigdy nie uprawiałem tego zawodu dla pieniędzy, bo gdybym miał dla nich tylko grać to występowałbym wszędzie.
Głód grania „ekranowego” oczywiście jest nie przeczę. Na szczęście zaspokajam go w Teatrze Kwadrat gdzie mam nieustający kontakt z publicznością i pracę, którą kocham.

— Masz jeszcze czas na prywatność?
— Staram się tak organizować moje życie, by wszystkie moje przestrzenie były zaspokojone, co nie jest łatwe. Często też zabieram rodzinę ze sobą, żeby ta rozłąka nie trwała zbyt długo.

— Za nami Wielkanoc. Jesteś tradycjonalistą?
— Na wszystkie święta zjeżdżam do Białegostoku. To jest czas dla rodziny. A tradycje lubię. Nie wyobrażam sobie, żebym nie mógł zasiąść w przy stole z całą rodziną. To fantastyczny czas z bliskimi, który powinniśmy doceniać. Czas biegnie nieubłaganie. Żyjemy tak szybko. Czasem warto się zatrzymać.

— Nie traktujesz tego jako ucieczkę?
— Od świata showbiznesu na pewno. Dzięki rodzinie czy Cochise zapominam o zawodowych rozterkach. Z nimi mogę to odreagowywać, bo tamten świat bywa naprawdę złowieszczy i okrutny. Z drugiej strony stanowi dla mnie ogromną inspiracją do pisania tekstów. Tak że dzięki (śmiech).

Marek Szymański


Paweł Małaszyński, rocznik 1976 — jak sam mówi jest muzykiem, który został aktorem. Pochodzi z Białegostoku, gdzie mieszkał do czasu ukończenia szkoły średniej. Po pierwszym roku studiów porzucił prawo na rzecz aktorstwa. W wieku 22 lat zdobył indeks wrocławskiej filii PWST w Krakowie, którą ukończył w 2002 roku. Uczył się również w studiu L'Art w Krakowie, które ukończył 1998 roku.
W Teatrze Kwadrat, z którym związany jest do dziś, zadebiutował w 2003 roku podwójną rolą Trufaldina i Arlekina w „Sługach dwóch panów” C. Goldoniego. Na dużym ekranie zadebiutował rolą Marcina Kruka w filmie „Świadek Koronny”. Występował także m.in. w „Magdzie M.”, „Oficerze”, „Katyniu” i „Skrzydlatych Świniach”. W 2004 roku założył rockowy zespół Cochise, w którym jest wokalistą i autorem tekstów. Wspólnie z kolegami nagrał pięć płyt. Ostatnia „Swans & Lions” swoją premierę miała 2 marca br.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages